Ile poświęciłabyś/poświęciłbyś dla przyjaciela? Życie? Reputację? Rodzinę? Innych znajomych? Pieniądze? Zdrowie? A może to wszystko razem?
Każda myśl po przebudzeniu. Każda myśl przed zaśnięciem. Ciągle myślę o niej. Mojej przyjaciółce. Ona... ona była i nie zapomnę o tym nigdy. Zawsze będzie w moim sercu. Tęsknię za nią... Do tego stopnia,że wiele nocy nie przesypiam bo zajmuje moje myśli.
***
Przyjaźniłyśmy się od września. Kilka miesięcy, a czuję się tak jakby była moją siostrą. Mówimy sobie o wszystkim. A przynajmniej tak było. Dziś jest 18 grudnia. A ona jest jakaś dziwna.
-co się stało?-pytam i przytulam ją
Ona jednak nie odpowiada. Stoimy tak pośrodku korytarza. Ale jesteśmy same. Po kilku minutach ciszy czuję jej łzy spływające po moim ramieniu.
-Aniu? (Bo tak się nazywała) co się dzieje?
-Nic-jąką się
- ktoś cię zranił?
-Nie...-szepcze, a jej głos się załamuje
-więc?
- On nie żyje. - i znów zaczyna płakać
-kto?
-mój tata- łka
-o mój Boże. Niech spoczywa w spokoju.
Ania przytula mnie mocniej. Już nic nie mówimy. Tylko stoimy tak samotne.
***
Minął miesiąc od śmierci taty Ani. Ona już nie płacze. Kryje smutek pod uśmiechem, ale tylko ja wiem co czuje naprawdę. Znam ten ból. Ja sama jestem sierotą. Z tą różnicą, że ja od urodzenia. Nie znałam rodziców. Ale znam ten ból. Ania już nie bywa wesoła. Nie śmieje się z żartów. Nie gra z nami. Często opuszcza lekcje. Przestała z nami rozmawiać. A ze mną też nie jest najlepiej. Ja powoli umieram. Mam raka. Ale nikt o tym nie wie. Moje życie jest trudne, ale pomagam Ani. Często za cenę własnego zdrowia. A gdy widzę, że ona sobie nie radzi ja przestaję mieć nadzieję. Bez niej moje życie traci sens. Ja też płaczę w nocy. Ale z nią jest gorzej z dnia na dzień. Już się nie uśmiecha. Na jej nadgarstkach widzę rany. Widzę łzy w jej oczach. I tak jest codziennie od kilku tygodni.
***
Dziś jest 14 luty. Dzień zakochanych. Dziś Ania nie płacze sama. Płaczę razem z nią. Bo my już nie mamy nikogo. Mama Ani nie chce jej znać. Moi rodzice zastępczy nawet się mną nie interesują. Idziemy razem do szkoły. Po drodze widzimy wiele zakochanych par. Moje serce ściska ból, na świadomość, że nigdy nie dożyje swojego ślubu. Bo ja umrę już niedługo. Podchodzi do nas chłopak, przedstawia się jako Filip i zaprasza Anię na kawę. Ania za moją namową się zgadza i umawiają się na 16. Ale w środku mnie coś pęka. Zdaję sobie sprawę, że nigdy nie dożyje Ani ślubu, nie dożyje jej męża, a może też nawet 1chłopaka. I czuje ból. Ból, bo muszę odejść zbyt wcześnie. Nie chcę tego.
***
Miesiąc temu miałam urodziny. Ani co prawda nie wyszło z tym chłopakiem, ale dostała wiele walentynek. Jak każda dziewczyna w mojej klasie. Tylko nie ja. Znów. Jak zwykle. Nikogo nie obchodzę. Ale przynajmniej moja przyjaciółka stała się trochę weselsza po kilku spotkaniach z chłopakami. Ale ja nadal cierpię, pomimo iż przestałam to okazywać.
***
Kolejny dzień pod tytułem "żyje bo musze". Oddaliłyśmy się z Anią od siebie. Przestałam chodzić do szkoły. Nic z niej nie wynosiłam. Poza tym mam świadomość, że nie przyda mi się nic nowego w moim życiu.
***
Mijają dni. Już nie wiem czy to ma sens. Moja egzystencja nie ma sensu. Dziś poszłam do lasu. Jest godzina 20. Czuję, że to już koniec. Nie będzie już nic dalej. Nie w moim życiu. Nawet się nie zakochałam, przykre. Dzwonię do Ani. Proszę żeby przyszła. Zjawia się szybko.
-Co się dzieje?
-Aniu, muszę Ci się przyznać do czegoś. Mam raka. Nie mówiłam ci bo nie chciałam cię martwić. Nie gniewaj się. To moje ostatnie chwile.
- dlaczego? Dlaczego ty..? -widzę w jej oczach łzy.
-Obiecaj mi coś. Proszę. Przyrzeknij, że o mnie zapomnisz i będziesz szczęśliwa. Tak bym nie musiała ingerować w Twoje życie, kiedy już umrę.
-nie umrzesz. -mówi stanowczo
-Obiecaj.
-Nie chcę.
-Proszę.
-Nie potrafię. - mówi i ucieka.
I znów jestem sama. Całkiem sama. Pośród mnie nie ma nic. Tylko las. Nic więcej. Czuję jak pierwsze łzy kształtują się pod moimi powiekami. Nie ma sensu ich trzymać. Kładę się na trawę i wsłuchując się w odgłosy lasu odchodzę. Zamykam oczy i czuję jak dusza opuszcza ciało. Nic już nie widzę. Czuję chłód. Czuję samotność. Bo skąd mogłabym wiedzieć, że moja przyjaciółka pobiegła po pomoc. Nie mogłam. I gdy ona przybiega z pomocą jest już za późno. Łzy coraz rzewniej płyną. Pochyla się nad moim lodowatym ciałem. Dotyka policzków. I cicho szepcze "obiecuję". Ktoś ją odciągnął i odwiózł do domu.
***
Minęły 3 lata odkąd Ania straciła mnie. Ma kochającego chłopaka, z którym jest już bardzo długo. Jest z nim szczęśliwa. Ale nie potrafi sobie wybaczyć, że nie było jej w najtrudniejszym momencie ukochanej osoby. W momencie śmierci. Znów czuje ten ból. Nie potrafi o nim zapomnieć. Bo to było i zniknęło. A ona tęskni. Gdyby nie jej chłopak dołączyła by do mnie. Ale ja cieszę się, że jeszcze nie musi tego czuć. Tego chłodu. Tego smutku, tej tęsknoty i bólu, ze świadomości, żezostawiła na Ziemi kogoś jej bardzo bliskiego. Cieszy mnie świadomość, że ma dla kogo żyć. Bo ja nie mogłam jej nawet pożegnać. Oby ona dostała więcej łaski od losu. Mam nadzieję, że zdąży pożegnać się z najbliższymi. Oby tak było.
Koniec
$
No to tak. Po pierwsze przepraszam osoby, które musiały tyle czekać. Niestety nie miałam czasu dodać tego szybciej. Naprawdę w mojej rodzinie pojawiła się choroba I strasznie to przeżywam. Postaram się dodać coś nowego dużo szybciej. Jeszcze raz bardzo przepraszam. I pozdrawiam wszystkich.
J.M.K.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz